Gdańska Federacja Żeglarska


Nasze imprezy

Regaty o Puchar Mariny Gdańsk, czyli diabeł i paluszek Maji

Diabeł tkwił, jak zwykle, w szczegółach. Na początku wszystko było tak, jak trzeba. Zawiadomienie o regatach pojawiło się wcześnie wraz z informacją, że regaty są zaliczane do Morskiego Żeglarskiego Pucharu Polski, a przez to posiadające stosowną licencję Polskiego Związku Żeglarskiego. Zabrakło wprawdzie informacji, że są jednocześnie eliminacjami Pucharu Zatoki Gdańskiej, ale może i lepiej, bo istnieje podejrzenie, że nie spełniają warunków wymaganych regulaminem Pucharu Zatoki Gdańskiej. O tym jednak później. Dwa pierwsze stwierdzenia nakazywały oczekiwać, że zostaną spełnione wszelkie warunki gwarantujące wysoką jakość oceny wyników. Anonsowana wysokość opłaty wpisowej była skromna, a pula nagród stosowna do rangi organizatora, przede wszystkim współpracującego z MOSiR-em Gdańsk. Pobieramy ze strony formularz zgłoszenia do regat i tu pierwszy zgrzyt. Zgłoszenie wymaga posiadania licencji zawodnika (PZŻ), numeru zezwolenia na reklamę (PZŻ), aktualnych badań lekarskich i coś, co denerwuje każdego sternika jachtu podpisu kierownika jednostki. Nie konieczność złożenia podpisu budzi obiekcje, tylko kuriozalna, rodem z PRL, funkcja a’la PZŻ.

Diabeł tkwił, jak zwykle, w szczegółach. Na początku wszystko było tak, jak trzeba. Zawiadomienie o regatach pojawiło się wcześnie wraz z informacją, że regaty są zaliczane do Morskiego Żeglarskiego Pucharu Polski, a przez to posiadające stosowną licencję Polskiego Związku Żeglarskiego. Zabrakło wprawdzie informacji, że są jednocześnie eliminacjami Pucharu Zatoki Gdańskiej, ale może i lepiej, bo istnieje podejrzenie, że nie spełniają warunków wymaganych regulaminem Pucharu Zatoki Gdańskiej. O tym jednak później. Dwa pierwsze stwierdzenia nakazywały oczekiwać, że zostaną spełnione wszelkie warunki gwarantujące wysoką jakość oceny wyników. Anonsowana wysokość opłaty wpisowej była skromna, a pula nagród stosowna do rangi organizatora, przede wszystkim współpracującego z MOSiR-em Gdańsk. Pobieramy ze strony formularz zgłoszenia do regat i tu pierwszy zgrzyt. Zgłoszenie wymaga posiadania licencji zawodnika (PZŻ), numeru zezwolenia na reklamę (PZŻ), aktualnych badań lekarskich i coś, co denerwuje każdego sternika jachtu podpisu kierownika jednostki. Nie konieczność złożenia podpisu budzi obiekcje, tylko kuriozalna, rodem z PRL, funkcja a’la PZŻ.

Ponieważ prywatny właściciel jachtu nie wie, co to za licencje i nic mu nie wiadomo o obowiązku posiadania aktualnych badań lekarskich na okoliczność startu w regatach musi nabrać podejrzeń, że w tych regatach wystartować nie może. Chce jednak w nich uczestniczyć, więc telefonuje pod wskazany numer i słyszy, że w zasadzie to trzeba mieć wymagane dokumenty, ale nie do końca, bo na kategoryczne pytania, czy zostanie do regat przyjęty bez tych dokumentów, słyszy odpowiedź twierdzącą. Pytanie - po co wymagać dokumentów, które nie są potrzebne? Czy organizator pomyślał ilu chętnych do startu „ambitnych turystów” zrezygnowało z udziału w regatach z powodu tych wątpliwości. A wystarczyło zamiast standardowego druku PZŻ stworzyć „po ludzku” sensowny druk. Czego zabrakło - wyobraźni? chęci ? A może to chęć przypodobania się centrali ?

Po zapoznaniu się z wytycznymi dotyczącymi udziału w regatach, prowadzimy dalsze „badania” zawiadomienia o regatach i interesującej nas klasie „turystycznej”. Zauważamy, że czas rzeczywisty przebycia trasy regat korygowany będzie według formuły wyrównawczej WWMW. Ta osławiona nieuczciwością w latach poprzednich formuła polega na uznaniowym przydziale indywidualnego współczynnika wyrównawczego poszczególnym jachtom. Sędzia główny regat przepytany na okoliczność zasad „obdzielania” jachtów współczynnikami bez specjalnego zażenowania przyznaje, że nie istnieją przepisy tej formuły, a wartość współczynnika ustalana jest z tabeli. Zainteresowanym niuansami stosowania formuł wyrównawczych w ogóle, a formuły WWMW w szczególności, polecam artykuł „Pokonani przez formułę” i jego uzupełnienia będącego rzeczową analizą (aktualnie w opracowaniu) wyników Pucharu Mariny 2008, który pojawić się winien w jednym z najbliższych wydań Kuriera Portowego. W tym miejscu powrócić należy do odłożonego wcześniej rozstrzygnięcia, czy Puchar Mariny będzie można zaliczyć do punktacji Pucharu Zatoki Gdańskiej (PZG). Kwestia jest regulaminowa. Otóż do owego zaliczenia konieczne jest spełnienie przez organizatora regat następujących warunków:

  1. wspólny start, wspólna trasa i wspólna meta dla wszystkich jachtów, które mają być objęte klasyfikacją do PZG;
  2. ogłoszenie przez organizatora regat klasyfikacji generalnej wszystkich jachtów, które mają być objęte klasyfikacją do PZG.

Organizator spełnił warunek „1”, nie spełnił warunku „2”. Czy organizator Pucharu Mariny pomyślał, jak liczna będzie grupa niezadowolonych z tego żeglarzy? Czy zamiast posługiwać się niewiele znaczącą dla większości startujących w regatach licencją PZŻ i klasyfikacją MŻPP, postarał się docenić zainteresowanie Pucharem Zatoki Gdańskiej?

Tyle o teorii i wstępie do regat.

Organizacja trasy, procedury startowe były przyzwoicie poprawne. Centrowanie osi wyścigów up&down też nie wzbudzało niezadowolenia. Mogło być lepsze, ale ono zawsze może być lepsze.

Pierwszy wyścig wystartował przy słonecznej pogodzie i umiarkowanym, stabilnym kierunkowo wiaterku około 3⁰ B z SE. „Kręciło” trochę przy ustawionym blisko brzegu znaku nawietrznym, ale nie miało to większego wpływu na zajęte ostatecznie miejsca. W czasie bezwzględnym zwycięża „Duży Ptak” przed „Hadarem” i pierwszym turystą „Majorem”. Zarówno „Hadar” i „Major” zostały później zdyskwalifikowane z powodu kolizji, jaką miały na ostatnim przed metą znaku kursowym. Sama kolizja i jej okoliczności to powód dla odrębnego artykułu. Ten wyścig z powodu późniejszych warunków wiatrowych najlepiej zaprezentował możliwości startujących jachtów i ich załóg.

Krótko przed zamknięciem linii mety pierwszego wyścigu nadeszła z nad Gdyni czarna, burzowa chmura i powiało. Przez ponad kwadrans wiatr w szkwałach osiągał prędkość 46 węzłów. Nie wszystkie jachty były przygotowane. Najmniejszego „Hajduczka” zagnało aż pod Port Północny, gdzie przechwycił go ponton MOSiR’u, a Maja na „Neptunie” omal nie straciła paluszka. Zerwało również namiot naszego sprawozdawcy ustawiony na końcu mola w Brzeźnie. Na szczęście odfrunął sam namiot, bez sprawozdawcy. Pani sędzia główny przytomnie przeczekała burzę i procedurę startową do drugiego wyścigu wszczęła przy ładnej pogodzie i wzrastającym wietrze. Jeszcze przed sygnałem startowym osiągnął znaczną prędkość. W chwilę po starcie wiał już z prędkością około 35 węzłów z zachodu. Maksymalnie zarefowane jachty halsowały do boi przy molo w Sopocie pod krótką, stromą, lecz na szczęście niewysoką falę. Prowadził „Hadar” przed „Dużym Ptakiem” i walczącymi o trzecie miejsce żwawą w tych warunkach „Akką” i żeglującym tylko na zarefowanym grocie „Majorem”. Po dotarciu pierwszych jachtów do znaku nawietrznego wiatr zaczął słabnąć. Drugie okrążenie trasy jachty przebyły przy słabnącym wietrze, a linię mety przy molo w Brzeźnie przekraczano na ostatnich podmuchach. Potem, jak zwykle, przydługa wędrówka przez kanały portowe i cumowanie w Marinie Gdańsk, gdzie przemiłe panie bosman-ki prawie na rękach zanoszą nasze statki na ich miejsca. Gratulacje dla szefa Mariny, to jest pomysł! Wiadomo, że damska obsługa jest milej widziana. Potem na brzeg, na poregatowe pogaduchy, grochówkę organizatora, piwo z kija i inne formy bratania. Naprawdę miła atmosfera. Tylko Maja z paluszkiem w pieluchach, ale zadowolona i wesoła. I Jacek z „Hajduczka” zrozpaczony, bo nie dał rady ukończyć drugiego wyścigu.

Drugi dzień startowy rozpoczął się, jak zwykle od kontemplowania wyników wywieszonych dnia poprzedniego. Znaczne poruszenie wywołało studium obwieszczonych współczynników wyrównawczych dla ścigających w klasie jachtów turystycznych. Najlepsze, bo wynoszące 122 współczynniki otrzymały dwie szwedzkie Bavarie „Akka” i „Tina” każda o długości ponad 11 m i powierzchni żagla przynajmniej 60 m2. Ten współczynnik w zestawieniu ze 117 przyznanemu o połowę mniejszemu „Hajduczkowi” wzbudza powszechne zdumienie. Ponieważ sędziowie w swych decyzjach są niezawiśli ruszamy na wyścig. Przedtem jednak załogi „Majora” i „Hadara” dowiadują się, że zostały zdyskwalifikowane w pierwszym wyścigu. „Major” za nieudostępnienie „Hadarowi” miejsca na znaku zawietrznym, „Hadar” zaś za bezwzględność w egzekwowaniu należnego mu prawa, co w konsekwencji spowodowało kolizję i straty na pokładzie „Majora”.

Trzeci wyścig up&down startuje przy wietrze 45 m/s z SW. Start w morzu, znak nawietrzny bardzo blisko brzegu, zatem wiatr „kręci” i ścicha. Loteria. Warunki początkowe utrzymują się do końca. Pierwszy na mecie „Duży Ptak”, drugi „Hadar”, trzecia „Aquila”. Pozostałe jachty przychodzą na metę w ciągu niespełna 6 minut. Tylko „Elsa” i „Hajduczek” z większą stratą.

Czwarty wyścig. Wiatr bez zmian. Boja rozprowadzająca pod molo w Brzeźnie, więc znowu loteria. Następny znak pod molo w Sopocie budzi wątpliwości. Jest inny niż być powinien, a dodatkowo omijający go katamaran sygnalizuje, że to znak z trasy „ich” regat. Wszyscy jednak uznają ten znak za właściwy, co okazuje się słuszne. Wyjaśniło się na drugim okrążeniu, że organizator „ich” regat - MOSiR Sopot, widząc boję z napisem „MOSiR”, nie dostrzegając „Gdańsk” zwinął boję, jak własną. Oddał na drugie „kółko”. W tym czasie wiatr słabł i skręcał na SE. Pierwsze jachty na metę ustawioną blisko brzegu wchodziły jeszcze gdy wiało. Pozostałym wiatru zaczęło brakowało. Prawdziwym mistrzostwem w tych słabych warunkach wykazały się „Aquila” i „Słoni” niewiele tracąc do, jak zwykle pierwszych „Dużego Ptaka” i „Hadara”. Najwolniejsze „Elsa” i „Hajduczek” wycofały się wcześniej nie kończąc wyścigu.

Po wyścigu jachty wracają do portu. Te z Górek Zachodnich nie wchodzą do Mariny, tylko płyną do swojego portu, oglądając się za siebie na czarną chmurę, nadciągającą z SW. Na szczęście poszła nad morze.

Zakończenie regat i wręczenie nagród w Marinie Gdańsk. Jako pierwsza klasa Diamant 3000.

W regatach klasyfikowana odrębnie w rywalizacji reprezentacji Urzędów Miejskich i Marin. Zwyciężyła reprezentacja Urzędu Miejskiego w Gdańsku i Mariny Gdańsk.

W klasie ORC International zwyciężył „Duży Ptak” prowadzony przez Krzysztofa Paula i to nikogo nie zdziwiło. Drugie miejsce Zbyszka Rembiewskiego na „Słoni” to potwierdzenie wysokich umiejętności załogi i trudno zrozumiałych zalet ich jachtu. Trzeci Czesław Perlicki na „Aquili” to zasługa umiejętności żeglowania w słabych warunkach drugiego dnia regat. Czwarty „Hadar” z Leszkiem Szczechulą - to porażka tego szybkiego jachtu na własne życzenie, a wystarczyło nie doprowadzić do kolizji w pierwszym wyścigu i trzecie, albo nawet drugie miejsce w regatach było do zdobycia. Całość tej części klasyfikacji bez zastrzeżeń dzięki precyzyjnej formule ORC International.

Odmiennie skomentować należy klasyfikację w grupie jachtów turystycznych. Zastosowana tutaj formuła WWMW wypromowała dwa szwedzkie jachty. Tylko wysokiej klasie gdańskich żeglarzy należy przypisać, że zagraniczni zwycięzcy zeszli z podium obdarowani szczodrze w nieświadomości okoliczności, które wykreowały ich zwycięstwo. Podobno ten wielkopański gest organizatorów ma przynieść w przyszłości efekt w postaci liczniejszego udziału zagranicznych załóg. Może tak i będzie, ale czy kto pomyślał o startujących, miejscowych załogach? To już drugi rok z rzędu manipulacji. Czy naprawdę „piłkarska zaraza” dosięgła żeglarstwa? Czy poszkodowany paluszek Maji nie jest zbyt wielką ceną w świetle tak niesprawiedliwej oceny wysiłku?

Gdańsk, 30 czerwca 2008

Andrzej Szrubkowski
sekretarz Gdańskiej Federacji Żeglarskiej
sternik s/y „Major” POL 5194